Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.

Autor Wątek: Historia karczemnego stra?nika  (Przeczytany 753 razy)

0 Użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Bartimeus

Historia karczemnego stra?nika
« dnia: Czerwiec 19, 2008, 23:04:58 »
D?ugawe jest, wi?c tylko ludzie z samozaparciem podo?aj? nieznajomemu tekstowi...


Ch?opiec otar? krew z nosa, kt?ra sp?ywa?a obficie po jego twarzy, podczas gdy w oddali s?ycha? by?o cichn?ce kroki i z?o?liwe ?miechy. Dzieciak wsta? z wilgotnego bruku, kln?c pod nosem niemi?osiernie. Zn?w go dorwali w tym samym zau?ku. D?oni? przesun?? w stron? ledwo widocznego oka. Przes?ania?a je opuchlizna niewiele mniejsza, ni?li pi??? oprawcy. Zawdzi?cza? j? miejscowej paczce, kt?ra nie za bardzo go lubi?a... na sw?j spos?b. Lubili go, poniewa? dobrze si? t?uk?o nieszcz??nika i nie za szybko ucieka?
Mniej wi?cej tak wygl?da?o dzieci?stwo Feodarona...

Urodzi? si? w ma?ej mie?cinie, w krainie, co Lathin si? zwa?a. Cho? jego rodziciele chcieli wepchn?? go do akademii, co zrobi?a by z niego ludzi, on sam wola? pobiera? nauki od miejscowego kowala. Co dzie? przychodzi? do niego, to miechem, to szczypcami zadzia?a?. Czasem nawet w jego r?ce m?ot si? znalaz?, lecz tylko po to, by poda? go swemu mistrzowi.
Gdy lato szesnaste mu min??o, pierwszy or?? wyku?, je?li tak mo?na go by?o nazwa?. Miecz przypomina? sejmitar, bo zakrzywiony lekko, r?koje?? za? i ostrze z miecza p??tora r?cznego pochodzi?a. Wszystko przez chaos m?odzie?czych my?li. Szczyci? si? swoj? pierwsz? broni?, wszak sam j? zrobi?. Przez nast?pne dwa lata jego dni monotonnie niczym jarzynowa zupa i udziec z dzika wygl?da?y.
Co dzie? - rano praca, popo?udniu praca, wieczorem praca, w nocy czasem praca...
W ko?cu i na zim? przysz?a pora, wraz z mro?nymi wiatrami dla niej typowymi. Okolica pr?dko ?niegiem si? pokry?a, niczym puchow? pierzyn?, z dach?w za? stercza?y sople. Jednego z nich mentor m?odego Feo do?wiadczy?, w sumie by? to kres jego do?wiadcze? jego ?ywota.

Feodaron nie rozpacza? zbytnio nad jego strat?, pr?dzej czy p??niej, przeca zszed?by z tego ?wiata. Tak to przynajmniej wzi?? na siebie lodowe ostrze, miast by spad?o na kogo? innego, np. pomara?czow? stra?. Mo?na go nazwa? nawet bohaterem... Korzystaj?c jednak z okazji, ku?ni? Feo przej?? z ca?ym dobytkiem, ino bez ?ony, bo ta odesz?a dawnym czasem. Czasem ucze? zastanawia? si?, czy mistrz wiedzia? o zdradzie swej kobiety... No w ka?dym razie, teraz nie mia?o to ju? wi?kszego znaczenia.
Z czasem zam?wie? na wyroby na kowadle wyrabiane, a Feodaron ka?d? noc w swej nowej ku?ni niemal sp?dza?. O dziwo, nadchodzi?y one nawet z s?siedniej krainy, a to przeca szmat drogi by?. Maj?c dwadzie?cia dwa lata, wybra? si? postanowi? osobi?cie ze ?wie?ym ?adunkiem or??a wszelakiego, zbroi, he?m?w, tarcz...

Tragarze szybko si? uwijali, ta ich pracowito?? sz?a w ko?cu z sakiewki kowala. To by?a noc przed wyjazdem do Galimoru, Feo zbudzi? si?, s?ysz?c przera?liwe r?enie koni na dworze. Zaniepokojony b?yskawicznie w odzienie wskoczy? i wybieg? dojrze?, co to zwierz?ta sp?oszy?o... Wsz?dzie by?o mn?stwo dymu, ob?okami wydobywa? si? z jego ku?ni, podczas gdy on sam w ?nie spoczywa? w domostwie obok. Na twarzy m?odziana zdziwienie sku?o wyraz twarzy. Sta? w bezruchu, patrz?c jak kolejne bele drwa padaj?c w pogorzelisku. By?o ju? za p??no dla jego warsztatu, kt?ry teraz jeno wielkim paleniskiem si? sta?. Mia? wielu wrog?w, co czyhali tylko na jego maj?tek niema?y, a nieszcz??ciem jego radzi by byli. Feodaron zasiad? tylko na pniaku, twarz w d?oniach chowaj?c. T?umi? w sobie ca?? z?o??, p?acz by? mu obcy...

Turkot k??, szcz?k metalu i gwizdanie kowala, rozleg?o si? na trakcie, gdy ten jeszcze przed ?witem wyruszy? ze swym ostatnim ?adunkiem. Podr?? trwa?a nieca?y tydzie?, by?a wyczerpuj?ca, zwa?aj?c na por? roku i ko?a wozu w ?niegu cz?sto grz?z?y. Bogowie nie oszcz?dzili Feodaronowi r?wnie? zmian na niebie. W ci?gu kilku dni, ten do?wiadczy? skwaru, deszczowych ob?ok?w oraz silnych wiatr?w, a nawet burzy, nie szcz?dz?cej grom?w. Na granicy dopiero si? wszystko uspokoi?o, jakby Ci z g?ry chcieli si? zlitowa? nad podr??nikiem.. Jego oczom ukaza? si? przycz??ek po?r?d drzew lasu, przez kt?ry przeje?d?a?. W ?rodku urz?dowa? pasywnie goblin w zabawnym, czarnym kapeluszu, nieco zas?aniaj?cym mu twarz. Znaj?c chciwo?? stworzenie, pobra?oby pewno niez?e myto, gdyby nie sen w jakim si? znajdowa?. Feo nie chcia? go niepotrzebnie budzi?, tako pomkn?? w g??b Galimoru...

Tereny z razu dziwnymi mu si? wydawa?y, mo?e to dlatego, ?e miast ??k rozleg?ych i igie? drzew, tu ska?y i li?cie porozrzucane by?y dooko?a. Na miejscowego kupca natrafiwszy, Feo chcia? map? zakupi? nowego nieznanego l?du, by si? bro? bo?e nie zgubi?. Chciwiec sporo ??da? za ?wistek papieru z wyrysowanymi drogami, lecz m?ody kowal inny spos?b na zap?at? wymy?li?. Do jego gardzieli, przyt?piony miecz przy?o?y?. Nie chc?c niepotrzebnej ?mierci, obuchem tylko go zdzieli? i odebra? mapy rulon, kupiony za ca?kiem przyst?pn? cen?.

Jad?c dalej po szlakach, natrafi? w ko?cu na twierdz? wysoko wzniesion?. Ta fos? otoczona by?a. Dumnie to by wygl?da?o, gdyby ta nie by?a wyschni?ta. Teraz do niej tylko ?mieci wrzucali, w nadziei, ?e te odstrasz? naje?d?c?w, co nie by?o do ko?ca skuteczne... Gdy u st?p kamiennej budowli powozem Feodaron podjecha?, stra?nicy widz?c ob?adowany ekwipunkiem w?z, od razu podnie?li bron? i bram? otworzyli. Wje?d?aj?c do wn?trza twierdzy, kowal co rusz to zerka? na pop?kane topory i poszczerbione miecze. M?g?by przysi???, ?e widzia? te? tarcz? z w??czni? we? wbit?. Po rozmowie z kapitanem, miejscowy zbrojmistrz, rozkaza? wyposa?y? swych ludzi w przywiezione cuda. Po cz?eku wida? by?o bez dok?adniejszego przygl?dania si?, ?e mia? za sob? kilka nieprzespanych nocy. Zapytany dlaczego, obr?ci? si? tylko na pi?cie z wytrenowan? ju? gracj? i odszed? w swoj? stron?, nie zwracaj?c na m?odego Fea uwagi. Mia? widocznie wa?niejsze sprawy na g?owie...

Od innych gwardzist?w dowiedzia? si? o ostatnich atakach na ich posterunek. Nie trza by?o wyci?ga? z nich informacji, gdy? ka?dy z nich chwali? si?, jak to ogromnego trolla w??czni? przebi?, czy to odci?? trzy goblinie g?owy za jednym zamachem. Noc min??a bardzo spokojnie, a przynajmniej dla samego Feodarona. Ch?opak spa? dobrze, tul?c do piersi poka?ny mieszek z?ota, podczas gdy inni odpierali kolejny szturm na zamek. Zbudziwszy si? rankiem, przez malutk? okiennic? wie?y dojrza? wschodz?ce s?o?ce. Po chwili spojrza? jednak jeszcze ni?ej na cia?a ork?w, goblin?w, jaki? niezidentyfikowanych poczwar w ka?u?ach wyschni?tej krwi i niestety rycerzy. Pole niedawnej bitwy usiane by?o strza?ami, w kilku z nich rozpozna? nawet w?asn? robot?. Nie czekaj?c d?u?ej, zszed? schodami na g??wny plac, na kt?rym sklecono wiele prowizorycznych ?o?y dla rannych. Twarze stra?nik?w nie mia?y ju? tego samego u?miechu, co wczorajszego wieczora, kiedy pili na um?w za kolejne zwyci?stwo....
Zza plec?w Feodarona dobieg? szcz?k zbroi rycerzy, w pe?nym ekwipunku. Niby go nie widz?c, szturchn?li go w rami?, tak ?e ten niespodziewanie upad? na ziemi?. D?o? mu poda? brygadzista, od razu wida? by?o, ?e to ten typ, co ludzi z u?miechem musi wita?, cho? przewa?nie sztucznym. Kowal wepchni?ty zosta? przez niego do izby, w kt?rej wn?trzu jacy? m??czy?ni zak?adali ju? he?my i chowali or??e gotowe do jatki. Po s?owach ze strony nieznajomego, r?wnie? Feo na siebie zbroj? wk?ada?, niedogodno?ci? by?a dla niego tylko przy?bica, kt?ra wci?? opada?a mu, przys?aniaj?c widok. Wraz z innymi stra?nikami na flankach stan??, w nadziei na jaki? wi?kszy zarobek. Obawa na ich twarzach by?a bardziej widoczna, ni?li blizny po wcze?niejszych walkach...

Godzina w zbroi nie nale?a?a do najprzyjemniejszych, zw?aszcza jak cz?ek nie by? przyzwyczajony. Tak by?o w?a?nie z Feodaronem, co wylewa? si?dme poty zamkni?ty w metalowych p?ytach, zwanych pospolicie pancerzem. Wtem co? dziwnego zacz??o si? dzia?, nie wraca? ich kompan, co go do piwnicy wys?ali po butelczyn? wina. Ju? chcieli nast?pnego wys?a?, bo pragnienie gorsze by?o od nacieraj?cego wroga, lecz nagle krzyk b?lu rozleg? si? z wn?trza zamku. Po chwili z piwniczki wylecia?a odci?ta g?owa wojownika, a zaraz za ni? wype?za? zacz??y goblinie ?cierwa, zaskakuj?c kompletnie stra?nik?w....

Cho? rycerze lepiej wyposa?enie byli, nie by?o ich tak wiele, jak przeciwnik?w, kt?rzy nie tracili czasu i korzystali z zaskoczenia obro?c?w. Spalona ku?nia by?a niczym w por?wnaniu, do rzezi jaka zapanowa?a po kilku minutach walki. Jedynym ratunkiem by?a ucieczka, przez tyln? bram?, bezpieczn? od orkowych topor?w. W czasie biegu, wiele towarzyszy Feodarona oberwa?o to w??cznia, to rzuconym g?azem. Szcz??cie tym razem dopisa?o kowalowi i ten skry? si? w zaro?lach, godzin? drogi od zamczyska. Wci?? dysz?c, zastanawia? si? tylko, ile czasu zaj?? goblinom podkop do ich twierdzy...

Bez jedzenia i trunku, zm?czenie wnet dopad?o m?odziana, wi?c ten zrzuci? z siebie ?elazne nagolenice, he?m i reszt? ci??szego pancerza, ostawiaj?c jedynie ten sk?rzany. W nim lepiej si? sz?o przez nast?pne mile i styrany do cna, dotar? do miejscowej tawerny, kt?ra by?a dla niego zbawieniem. Wina i chleba dosta?, za kilka monet ze swej sakiewki, cho? wiedzia?, ?e nie starczy mu ona na d?ugo. W mi?dzyczasie Feo dojrza? dna jednego kielicha...drugiego i trzeciego oraz b?jki dw?ch drab?w. Cho? ?wiat si? ko?ysa? m?odemu kowalowi, ten pu?ci? p?azem tego, ?e jeden z nich wpad? na niego, czwarty kielich mu wylewaj?c na karczemne deski. Za kark chwyci? obu, by r?wnowaga by?a i ostawiaj?c im podarunek na po?egnanie w postaci solidnego sierpowego wyrzuci? ich na zewn?trz. Byli bardziej pijanie od Feodarona, by powr?ci? i co? mu zrobi?, tako legli otumanieni.

Tedy to karczmarz do kowala podszed? i szepn?? mu kilka s??w do ucha, obiecuj?c wikt i opierunek w zamian za opiek? nad jego przybytkiem. M?odzian zgodzi? si?, my?l?c, ?e b?dzie to ?atwa robota, a jeszcze pi? za darmo dadz?. Nie czekaj?c d?u?ej, z szerokim u?miechem, u?cisn?? karczmarzowi prawic?...

Koniec...