Cóż to były za emocje, a jakie akcje podbramkowe, a (na nieszczęście) jakie interwencje bramkarza rywali. Szkoda tylko, że Lech Poznań zremisował (praktycznie) wygrany mecz.
Mówiło się, że spotkanie z Deportivo trzeba wygrać, aby bez nerwów wyjść z grupy. Lech mógł wczorajszego wieczora przybliżyć się do awansu. Niestety tak się nie stało. Szkoda tych pierwszych 35. minut, kiedy to drużyna gości zdecydowanie przeważała, ale o przebiegu całego spotkania niżej.
Początek meczu był dość dziwny. Nie dość, że zespół z Poznania stracił gola już przy pierwszym rzucie rożnym, to w dodatku piłkarze grali jakby zapomnieli jak to się robi. Było bardzo nerwowo, nikt nie wiedział co ma robić. Prawda jest taka, że Hiszpanie mijali Lechitów jak tyczki treningowe. Dopiero w 33. minucie piękną akcję przeprowadzili Wilk, Rengifo i Stilić. Od tego momentu się wszystko zaczęło. Podopieczni Franciszka Smudy znowu uwierzyli we własne umiejętności. Być może po tej akcji do zawodników w końcu dodarło, że Deportivo jest w ich zasięgu, że jeśli tylko będą chcieć to mogą wygrać. Lech napierał na przeciwników ile tylko mógł. Każdy piłkarz dwoił się i troił, aby w końcu trafić do siatki. Udało się to w 41. minucie. Świetnie akcję wyprowadził Arboleda, który przed polem karnym podał do Stilicia, ten mu odegrał, a obrońca Lecha dograł piłkę wprost pod nogi Rengifo, który spudłować nie mógł. Szał radości wybuchł na stadionie przy Bułgarskiej. Wszyscy wiwatowali… Arboledzie. Mecz zaczął się od początku. Końcówka pierwszej połowy to popis podopiecznych Smudy. Po prostu nie można było spokojnie siedzieć. Gdyby Lechici mieli jeszcze trochę czasu, to można się założyć, że w końcu wpakowaliby piłkę po raz drugi do siatki.
Warto także przeczytać słowa, które powiedział Bandrowski tuż po meczu o swoim aktualnym zespole – Lechu Poznań:
„Zacząłbym od dobrej organizacji naszego klubu, wszystko jest na swoim miejscu co sprzyja grze i rozwojowi. Do tego atmosfera w szatni jaka panuje - jesteśmy zżyci ze sobą i jeden walczy za drugiego. Mamy też w końcu bardzo dobry zespół.” Nic więc dziwnego, że kibice mogli spodziewać się jeszcze bardziej emocjonujących drugich 45. minut. Na pewno się nie pomylili. To Lech przeważał, to Lech strzelał na bramkę przeciwnika, to Lech grał piękną piłkę dla oka. Co prawda zdarzały się pomyłki w defensywie, ale nie były one zbyt poważne. Każdemu, kto oglądał to spotkanie na pewno spodobało się to w jaki sposób szkoleniowiec „Kolejorza” przeżywa to spotkanie. Realizator nawet pokazał nam zachowanie obu trenerów. Widać było, że różnią się od siebie i to bardzo. Gdy Smuda skakał i wrzeszczał (dosłownie) przy linii i razem z piłkarzami emocjonował się spotkaniem, szkoleniowiec Deportivo dreptał sobie powoli przy linii boiska czasami pokrzykując coś do swoich zawodników. Co ciekawe, Lechici widząc Smudę wcale się nie bali, że zbiorą burę, wręcz odwrotnie. Wiele ryzykowali, ale bez ryzyka nie ma gry. Szkoda tylko, ze tego wieczoru nie było wśród Poznaniaków piłkarza, który mógłby bezproblemowo strzelić gola. W tym miejscu można mieć zastrzeżenia, dlaczego Robert Lewandowski nie wszedł na boisko wcześniej. Co prawda miał swoją okazję, ale piłka odbiła mu się od nogi i nie dał rady jej dogonić. Ten młody napastnik miał niewiele ponad dziesięć minut gry, aby zaprezentować się. To ciut za mało. Najprawdopodobniej, gdyby dostał szansę wcześniej, w końcu ktoś by mu podał. Czy to Stilić, któremu w tamtym spotkaniu wychodziły tylko podania, czy Murawski, który tego wieczoru fenomenalnie wrzucał piłki, a może byłby to Wilk czy… Arboleda? Tego nie wiem, ale jestem pewny, że Robert coś by ustrzelił. On ma dar snajpera, który potrafi zrobić coś z niczego. Druga sprawa to zachowania Semira Stilicia przy strzałach na bramkę Deportivo. Bośniak w tych sytuacjach zachowywał się jak dzieciak, który dopiero zaczyna zabawę z piłką. Mam jeszcze w pamięci kiedy to na około 14, 15 metrze dostał piłkę od kolegi z zespołu i zamiast (zaryzykować i) strzelić mocno w okienko, on po prostu trafił w bramkarza. Aranzubia już praktycznie leżał, więc wystarczyło przyłożyć się trochę do tego i mógł paść zwycięsko gol. To mógł być mecz Stilicia, gdyby wykorzystał przynajmniej połowę szans, które wypracowała mu drużyna. Jednak bądź co bądź Lech grał fenomenalnie, o dyspozycji swojej ekipy wypowiedział się Franciszek Smuda:
„Zabrakło nam ciut, ciut szczęścia, wykorzystania choćby jednej z tych wielu okazji jakie stworzyliśmy. Chciałbym jeszcze raz przeżyć taki mecz. To był futbol, jakiego kibice oczekują, a także my trenerzy i wszyscy, którzy interesują się sportem. Moim marzeniem jest zagrać takie samo spotkanie w Rotterdamie i mam nadzieję, że uda nam się awansować dalej. Wierzę, że to doświadczenie, które ci młodzi zawodnicy zdobywają, zaprocentuje w następnej edycji pucharu, tylko nie wiem jeszcze jakiego.”Teraz już trzeba zapomnieć o meczu z Deportivo. Po pięknej grze Lech zremisował w Poznaniu 1:1. Szkoda tylko niewykorzystanych sytuacji, bo takich było multum. W tym momencie najważniejsze jest, aby Lechici ruszyli dalej bez kompleksów i pokonali Feyenoord przynajmniej 2:0.