Chciałoby się nawet już dzień po meczu krzyknąć: „Polacy, jesteśmy z Wami!”. W ostatnich miesiącach nie często kibice mieli okazję oglądać tak dobrą grę swoich podopiecznych. W sobotę jednak „kryzys reprezentacji Polski był w kryzysie”, więc mamy się z czego cieszyć. Nie dość, że wygraliśmy z Czechami 2:1, to jeszcze w jakim stylu…
Już kilka dni przed spotkaniem przeciwko Czechom, portale, gazety szukały powodów dlaczego to właśnie Polska ma wygrać sobotni mecz. Za najważniejszy uznano:
jest ten sam dzień, ta sama godzina, ten sam arbiter i ten sam stadion co dwa lata temu…A co było dwa lata temu, tego chyba nie muszę przypominać. Najważniejsze, że gra i wynik także były takie same co wtedy.
Na początek warto podkreślić, jaka to była atmosfera w Chorzowie. Choć nie tylko tam. Jak zapewniał nas Pan Michał Pol, który będąc już w Polichnie (miejscowość oddalona o kilkadziesiąt kilometrów od Chorzowa), że nawet tam jest entuzjazm, a co się będzie działo na stadionie. Nie pomylił się, jeszcze przed pierwszą bramką dla Polaków, kibice skandowali:
„Leo, Leo, Leo”. Wszyscy uwierzyli, że magia Beenhakkera może wrócić właśnie w tym ważnym dniu. Jak się okazało… wróciła. Prawda jest taka, że nikt tak naprawdę nie mógł powiedzieć przed meczem, że wygramy. Patrząc kilka spotkań wstecz nie mogliśmy być pewni jak zagrają nasi rodacy. Rywale mieli wszystko czego potrzeba, aby wygrać z taką drużyną jak nasza. Ale piłka jest okrągła, a bramki są dwie, więc wszystko było możliwe…
Uskrzydleni polscy zawodnicy na własnym stadionie pokonali równie dobrze grających Czechów. Już od pierwszych minut spotkania, widać było gołym okiem, że podopieczni Holendra chcą to spotkanie wygrać, żaden inny rezultat nie wchodził w grę. Świetne wrażenie sprawiała w końcu linia defensywna, która w tym meczu popełniła zaledwie jeden błąd (a dokładniej Jacek Krzynówek, który nie zdążył powrócić za „swoim zawodnikiem”, a ten strzelił nam gola). Wszyscy w obronie asekurowali się wzajemnie, nie było jakichś tam nieporozumień. Może tak zadziałał powrót Artura Boruca? Nie wiemy. Za to jesteśmy pewni, że bramkarz Celticu zagrał świetne spotkanie, choć można mieć trochę pretensji o to, że nie wybronił strzału Fenina. Jak widać w powtórce, piłka była do obrony, przynajmniej dla takiego speca jak Artur.
Bardzo napracowali się pomocnicy, którzy sił nie żałowali. Fachowo zagrał Rafał Murawski, kto wie, może od tego spotkania zagości na stałe w pierwszej jedenastce reprezentacji. Odżył także Ebi Smolarek. Co prawda nie był tak bardzo widoczny, jak gdyby grał na pozycji napastnika, ale jego pomoc w defensywie wiele razy ratowała nam skórę. Dobry mecz rozegrał także Roger, zaliczając asystę oraz kilkakrotnie popisując się niekonwencjonalnymi podaniami. Jednak tak naprawdę furorę zrobił duet – Kuby Błaszczykowskiego z Pawłem Brożkiem. Przy pierwszej bramce, nasz prawoskrzydłowy minął w pełnym biegu aż trzech rywali! Warto także wspomnieć, że w czasie tego rajdu, był faulowany, jednak nie dał się i ostatecznie świetnie podał do Brożka, który strzelił nie do obrony. Miejmy nadzieję, że to nie był tylko jednodniowy przebłysk tych dwóch zawodników. Po golu wcale nie cofnęliśmy się do skrajnej defensywy. ¯aden z Polaków, pewnie nawet nie pomyślał, żeby teraz odpuścić. Gdy na stadionie było słychać: „Jeszcze jednego, jeszcze jednego!”, Polacy starali się zastopować zapędy Czechów, udało im się.
Na drugiego gola czekaliśmy do 52. minuty, kiedy to świetnym podaniem Roger otworzył drogę do bramki Błaszczykowskiemu. Kuba przebiegł kilkanaście metrów z piłką, po czym widząc, że bramkarz już leży na ziemi, posłał lekko podciętą piłkę nad jego głową. Na tablicy wyników widniało 2:0! Sam strzelec gola zapewniał później, że przed meczem przypatrzył się grze Cecha:
„Do tej pory brakowało mi bramek w kadrze, przez co czułem pewien niedosyt. Nawet pomyślałem sobie przed meczem, że dobrze byłoby strzelić gola Czechom. Analizowałem grę Petra Cecha i zauważyłem, że w sytuacjach jeden na jeden dość szybko się kładzie. Stąd taki pomysł na zakończenie akcji. Zdobycie bramki dla kadry to coś szczególnego, fenomenalnego. Dla takich chwil się trenuje.”Wierzymy na słowo. Następne minuty były pod lekkie dyktando Czech, ale jakoś szczególnie nie mogli się dostać pod nasze pole karne. Niestety w końcówce straciliśmy głupio gola. Jacek Krzynówek nie zdążył, wrócić do linii defensywnej i Fenin wpakował głową piłkę do siatki. Choć tak naprawdę ostatnie minuty pokazały jakim doświadczeniem dysponujemy. Roger będąc w narożniku boiska, kilkakrotnie nabijał rywali tak, że futbolówka wychodziła w aut. Nie było siły, która mogłaby nam wydrzeć tak korzystny rezultat. Gdy zabrzmiał ostatni gwizdek sędziego, cały stadion ryknął:
„Polacy, jesteśmy z Wami, jesteśmy z Wami!”.