Porywacze przez trzy następne godziny ignorowali milcząco próby kontaktu ze strony Corvusa. Kluczyli długo po mieście i przedmieściach, aż stracił poczucie kierunku. Później małymi, lokalnymi drogami wywieźli go za miasto. Wiedział, że na południe- bo słońce mieli przed sobą. w końcu skręcili w leśną, mało uczęszczaną drogę. Jeden z porywaczy nagle obrócił się i psiknął. Sprayem prosto w oczy. Zapiekło.
- Ała, ku***, co to?
- To konieczne. Metalicznie nieczułym głosem odpowiedział porywacz.
- Nie wystarczyła opaska? Trzeba było mnie oślepić, do jasnej cholery?!
- Tak. Sto procent gwarancji. Za kilka minut odzyskasz wzrok. Porywacz umilkł.
No to du**, pomyślał Corvus. Pewnie w czapę mi dadzą, i tak się skończy ta pi***olona historia - Pomyślał. Słyszał szum opon, dający do zrozumienia, że droga jest żużlowa. Zakręt w lewo. Zakręt w prawo... Kilkadziesiąt uderzeń serca. Może minuta. Auto zatrzymało się. Kilka uderzeń serca Wolno ruszyli.
Światło. Czerń w jego oczach coraz bardziej szarzała. Kształty. W końcu.
- Wysiadaj.
Po omacku wśród rozlanych kształtów namacał klamkę, otworzył drzwi i wysiadł. Uderzył go powiew zimnego powietrza, który wyostrzył wzrok.
Ooo ku***, dworek? He, raczej pałac, dworki to były drewniane i niższe chyba - pomyślał Corvus.
Otworzyły się szerokie drzwi. Wyszedł z nich facet, mogący z powodzeniem grać bliźniaka Lucjana Mostowiaka. Tylko że ubrany ciekawie w ciemny garnitur. Fular u szyi nadawał mu wręcz arystokratycznego wyglądu. Włosy białe jak mleko. Sześdziesiątka, nieee... siedemdziesiątka. Patrzy na mnie.
- Witaj, Corvusie. Czekaliśmy na Ciebie. Oto Twój nowy dom.
Jegomość szeroko się uśmiechnął, widząc na twarzy Corvusa nieufność.