Leśnik. Ciężko nie przywołać tutaj sztandarowego wizerunku leśnika – tak często wykorzystywanego przez felietonistów do „rozprawiania się” z mitami pracy w lasach.
Mowa tu o leśniczym „podkręconym wąsie, zielonej czapeczce, w gumiakach i z flintą”.
Taki sentymentalny głaz naszego patrzenia na rzeczywistość – który stoi niewzruszony, mówiąc nam swoją obecnością, że jednak są na tym świecie rzeczy dobre, tchnące tradycją, swojskością.
Których nie jest w stanie zmienić nikt ani nic – ząb czasu, wolny rynek, unijna standaryzacja, nakazy, ukazy i zakazy. Leśnik – którego wizerunku nie poplamiła socrealistyczna propaganda sukcesu,
tak jak choćby górnika. Któremu dane było uniknąć afer prywatyzacyjno – upadłościowych mętnych początków naszej nowej demokracji – czego nie udało się dokonać stoczniowcom.
Leśnik – zawód, który istniał sobie gdzieś tam z boku, ze swoimi gumiaczkami, wąsami i flintą.
Zawód, o którego szczegółach, celach, porażkach i zagrożeniach wie naprawdę niewielka część społeczeństwa, i mało kto naprawdę się tym przejmuje. Wystarczy świadomość, że gdzieś jest
i coś tam z tym lasem robi – ścina i sadzi pewnie. Takie leśne perpetuum mobile.
Zderzmy to teraz z wyobrażeniem XXI wieku. Z globalnym społeczeństwem, którego założenia już prawie osiągnęliśmy. Ze wspólnymi, ponadpaństwowymi instrumentami polityki. Ze światowym dialogiem ponad narody, kolory skóry czy wyznania. Ze wspólnym poszukiwaniem alternatywnych źródeł energii, a także przejściem od rozmów do czynów w sprawie zahamowania zmian klimatu.
I tutaj wypływa nam zawód leśnika – bo to nie teczki, limuzyny, dyrektorzy, konferencje, ministrowie i specjaliści – tylko właśnie „leśniczy Podkręcony Wąs” będzie stał, jakby to rzekła stara nomenklatura, „na pierwszej linii frontu walki” klimatycznej. To on będzie szedł w ten las, oceniał stopnie defoliacji, rysował plan dla powierzchni 229 b, wypełniał miliony formularzy, ankiet i tabel przesłanych z góry, zaznaczał na mapie, gdzie już to widać, a gdzie jeszcze nie… Do kogo mają się zwrócić, jak właśnie nie do niego? Ekolog, co inżynieryjnego myślenia nie ma za grosz? A może
Spec Z Miasta, co zamiast przyrody, same cyferki widzi, nawet butów porządnych „na las” nie ma?
A więc nasz „zielony przyjaciel” z wąsikiem. To on będzie to wszystko robił. Pomnożony przez tysiące.
Także, leśnik zawodem „de mode”? Może kaletnik, szewc czy inny kowal. Ale ten zielony mundur na pewno nie, gdyż ma jeszcze dużo roboty przed sobą. I to nie byle jakiej – bo robota jest ważna, światowa, ogromna, i jej efekty dotkną każdego homo sapiens stąpającego po tym globie.
No i przede wszystkim, o tej robocie będzie głośno. Nadarzy się więc okazja, by złapać troszkę zawodowej estymy. By aspiracja do pracy w tym zawodzie nie oznaczała „ciepłych kapci”, wyzbycia się ambicji, chęci działania w stylu „byle był święty spokój”. By nas poznali, by nas podziwiali – nie jako postacie z książek, opowieści dziadka czy młodzieńczych wspomnień – ale armię fachowców,
z jedną specjalizacją, którą noszą nie w głowie, lecz w sercu – przyrodą.
Trzeba tylko wykorzystać tą okazję. A z tym, jak wiadomo, u nas różnie…
--------------------------------------------------------
czekam na opinie!